sobota, 29 października 2011

Kosmiczni bałaganiarze

Pozostałości po zakończonych misjach kosmicznych to postrach misji obecnych. Zdarzały się kolizje pojazdów z orbitujšcymi mieciami

Pracownicy amerykańskiej Sieci Monitorowania Przestrzeni (Space Surveillance Network) skatalogowali już 10 tys. rozmaitych obiektów większych niż 10 cm kršżšcych wokół naszej planety. Tylko kilkaset z nich to funkcjonujšce satelity. Reszta to mieci: ruby, osłony instrumentów optycznych, koła zamachowe, rdzenie reaktorów nuklearnych, silniki pomocnicze i inne pozostałoci po misjach i programach kosmicznych. Wród ledzonych przez amerykańskie służby orbitujšcych przedmiotów znajduje się szczoteczka do zębów, klucz francuski, a także rękawica, którš podczas kosmicznego spaceru zgubił astronauta Ed White, oraz kamera, która wymknęła się innemu astronaucie Michaelowi Collinsowi podczas misji Gemini 10.

Lawirując między odpadkami

10 tysięcy obiektów skatalogowanych stanowi niewielkš część orbitujšcych mieci. Specjalista od kosmicznych okruchów Donald Kessler powiedział w wywiadzie dla portalu SPACE.com, że kolejne sto tysięcy dziesięciocentymetrowych i większych odpadków czeka na skatalogowanie. Do tego dochodzš zupełnie malutkie: kawałki odpry�niętej farby i krople radioaktywnych chłodniczych płynów, które wyciekły z silników radzieckich rakiet o napędzie jšdrowym.

Kršżšce po orbicie �mieci mogš być gro�ne dla mieszkańców Ziemi. Niektóre sš wystarczajšco duże, by, spadajšc na Ziemię, nie spłonšć doszczętnie w atmosferze. Mogš więc spowodować wypadek, zniszczyć co� lub kogo� zabić.

Komputerowa symulacja obiektów kršżšcych na orbicie wykonana przez NASA Orbital Debris Program Office. Najwięcej zarejestrowanych obiektów znajduje się między 500 a 2000 kilometrów nad powierzchniš Ziemi. 95 proc. z nich to �mieci — na przykład niedziałajšce już satelity. Każdy punkt i jego wielko�ć odpowiada jednemu obiektowi na orbicie. Symulacja nie w skali w stosunku do Ziemi
(c) NASA ORBITAL DEBRIS PROGRAM OFFICE


Dużo bardziej realne jest jednak inne zagrożenie. Pozostało�ci po zakończonych misjach kosmicznych to postrach misji obecnych. Przypadki kolizji pojazdów kosmicznych z orbitujšcymi �mieciami już się zdarzały. W roku 1996 we francuskiego satelitę Cerise uderzył element rakiety Ariane H-10. Satelita nie ucierpiał na tyle, by nie móc kontynuować misji.

Międzynarodowa Stacja Kosmiczna umykała przed �mieciami już sze�ć razy. Raz, w roku 2003, nie uniknęła kolizji, ale na szczę�cie nie doszło do uszkodzenia. Amerykańskie promy kosmiczne co najmniej osiem razy musiały zmieniać kurs ze względu na zbliżajšce się ku nim kosmiczne odpadki. Okna promów często były wymieniane, bo orbitujšce kawałki lakieru brudziły szyby.

Orbitalny tłok

Wypadki, które zdarzajš się obecnie, sš tylko zapowiedziš nadchodzšcych problemów. Na orbicie okołoziemskiej robi się coraz cia�niej. Najstarszy �ledzony przez amerykańskie służby kawałek kosmicznego złomu ma już prawie 50 lat - to satelita Vanguard 1 wystrzelony w roku 1958. Od poczštku ery podboju kosmosu ludzie umie�cili już na orbicie 4000 satelitów. A dzi� nie tylko bogate państwa je wysyłajš, ale również prywatne firmy i kraje rozwijajšce się. Zużyte urzšdzenia kršżš wokół Ziemi, rozpadajšc się na coraz mniejsze kawałki, na skutek czego zagrożenie wzrasta. Najszybciej orbitujšce odpadki osišgajš prędko�ć 30 tys. km na godzinę.

Jak uważa William Ailor, specjalista cytowany przez portal SPACE.com, prędzej czy pó�niej dojdzie do zniszczenia prywatnego satelity wskutek zderzenia z kosmicznym odpadkiem. A wtedy niewštpliwie staniemy się �wiadkami ciekawej rozprawy sšdowej.

Na razie ludzie nie robiš wiele, by ograniczyć za�miecanie orbity okołoziemskiej. Amerykanie powołali do życia wspomnianš Sieć Monitorowania Przestrzeni, a Chińczycy założyli w tym roku centrum obserwacyjne, którego jedynym zadaniem będzie �ledzenie kosmicznych odpadków. Chińczycy szacujš, że jeżeli orbita wokółziemska będzie nadal za�miecana w podobnym tempie, w roku 2300 nie będzie na niej miejsca dla nowych satelitów.

Potrzebne jest prawo

Wielu specjalistów uważa, że pilnie potrzebne jest międzynarodowe prawo, które uregulowałoby kwestie umieszczania obiektów na orbicie i położyłoby kres za�miecaniu najbliższego otoczenia Ziemi.

A nie tylko orbita jest za�miecona, choć bez wštpienia odpadków jest tu najwięcej, szacuje się, że trzy do pięciu tysięcy ton. Kolejne dwadzie�cia ton złomu leży na Księżycu. �mieci zalegajš na Wenus i na Marsie.

Oblicze dziewiczych planet powoli zaczyna się zmieniać. Łazik Opportunity nie znalazł wprawdzie na Marsie życia, ale przysłał na Ziemię fotografie kosmicznych �mieci: spadochronu i osłony, dzięki którym bezpiecznie wylšdował. Wkrótce łazik sam stanie się kosmicznym złomem - widomym �ladem naszej cywilizacji.

Czy zamieszkamy na czerwonej planecie?

Ludzie polecą na Marsa w 2031 roku

Pierwsza załogowa misja na Marsa wystartuje za 24 lata. Wyprawa pochłonie 450 miliardów dolarów - mniej więcej tyle, ile wynosi polskie PKB. Amerykanie muszą najpierw zbudować statek, na którym można uprawiać owoce i warzywa. Chodzi nie tylko o to, by astronauci mieli co jeść. NASA chce też wiedzieć, czy marsjańskie grunty nadają się do obsiania ich genetycznie zmodyfikowanymi ziarnami.


Amerykańska agencja kosmiczna NASA szacuje, że cała wyprawa na Marsa potrwa 16 miesięcy. Kilkuosobowa załoga ma zabrać ze sobą dziesiątki ton sprzętu badawczego. Wszystko po to, by po raz pierwszy w historii człowiek przeprowadził dokładne badania tej planety.

Jeśli poznamy dokładny skład atmosfery i gruntów Marsa, być może człowiekowi uda się go skolonizować. Oczywiście nie będziemy mogli oddychać marsjańskim powietrzem, ale na planecie mogą być surowce niezbędne do produkcji paliw lub budowy stacji kosmicznych.

Jest jeszcze jeden ważny powód misji załogowej. Naukowcy wciąż nie są pewni, czy na Marsie rzeczywiście nie istnieje życie. W 2031 roku poznają tę prawdę. Z całą pewnością astronauci nie spotkają tam zielonych istot z filmów science fiction, ale mogą odkryć jakieś zalążki życia. W końcu odkryto już, że w tamtejszej atmosferze jest dwutlenek węgla, azot i tlen, a temperatury w marsjańskie dni sięgają 20 stopni Celsjusza. Być może jest tam też woda.

Wprawdzie o wyprawie na Marsa mówiła już i Unia i Rosja, ale Stany Zjednoczone wyprzedzą konkurentów w podboju kosmosu. Jednak bez międzynarodowej współpracy się nie obędzie. Już teraz prowadzone są wspólne badania dotyczące Marsa. Badania te bazują na informacjach, które docierają do ziemi z bezzałogowych sond wysłanych w kierunku planety.

Niestety, większość z tych sond z niewiadomych przyczyn nigdy nie dociera do czerwonej planety. To dlatego naukowcy często nazywają podróż między Ziemią a Marsem "trójkątem bermudzkim".

Znaleziono skarb na dnie Atlantyku

Na dnie Oceanu Atlantyckiego odkryto największy z dotychczas odnalezionych zatopionych skarbów. Pochodzi on z wraku, który przewoził 500 000 srebrnych i złotych kolonialnych monet. Szacuje się, że kolekcjonerzy i inwestorzy zapłacą za każdą z nich średnio 1000 dolarów. Tak więc cały skarb wart jest około 500 milionów USD.


Firma Odyssey Marine Exploration z Florydy, która odkryła wrak ze skarbem, nie chce zdradzić jego położenia. Jej specjaliści nie są nawet pewni, jakiej narodowości jest wrak, jaka jest jego nazwa i kiedy zatonął. Trudności z ustaleniem tych danych wynikają z tego, że statek znaleziono w okolicach, gdzie zatonęło wiele okrętów.

Greg Stemm, współzałożyciel Odyssey Marine Exploration zapewnia, że wrak leży na wodach międzynarodowych. Jesienią ubiegłego roku Odyssey Marine Exploration zwróciła się do sądu z prośbą o przyznanie wyłącznych praw do wraku XVII-wiecznego okrętu kupieckiego, który spoczywa na dnie w odległości 40 mil od południowo-zachodnich wybrzeży Anglii. Przed kilkoma dniami sąd przyznał firmie takie prawa. Można więc przypuszczać, że skarb pochodzi właśnie z tej jednostki.

Odyssey trzyma całą operację "Black Swan”, bo tak nazwano projekt odnalezienia i wydobycia skarbu, w tajemnicy. Nie zdradza więc nawet jakie monety wydobyto, jakie są ich nominały i który kraj je emitował.

Nick Bruyer, numizmatyk, który widział monety mówi, że jego zdaniem, nigdy nie były one w obiegu. Poinformował, że są one w znacznie lepszej kondycji niż monety znajdowane zwykle na wrakach z tego samego okresu. To właśnie on oszacował wartość skarbu. Uważa, że wartość niektórych z monet może przekroczyć dziesięć tysięcy dolarów.

Informacja o odkryciu spowodowała, że cena akcji Odyssey zwiększyła się o 80,9%.

W styczniu bieżącego roku firma uzyskała od hiszpańskiego rządu zgodę na poszukiwania HMS Sussex, okrętu flagowego brytyjskiej floty, który zatonął u wybrzeży Gibraltaru podczas sztormu w 1694 roku. Okręt prowadził brytyjską flotę do walki z Francją na Morzu Śródziemnym. Historycy twierdzą, że w jego ładowniach znajdowało się dziewięć ton złotych monet, za które Brytyjczycy chcieli kupić sobie sojusz z księciem Savoy. Odyssey szacuje, że ten skarb może być warty ponad 500 milionów dolarów.

Jeśli i ten skarb zostanie znaleziony, Odyssey Marine Exploration będzie musiała, na podstawie umowy z rządem w Madrycie, podzielić się nim z Wielką Brytanią. Firma zatrzyma 80% z pierwszych 45 milionów dolarów i 50% z reszty.




Dotychczas najcenniejszym skarbem wydobytym z morskich głębin był ładunek hiszpańskiego galeonu Nuestra Señora de Atocha, który zatonął u wybrzeży Florydy podczas huraganu w 1622 roku. Poszukiwacz skarbów Mel Fisher wydobył w 1985 roku monety i precjoza wartości 400 milionów dolarów.

Ślady słowiańskich osadników na Islandii

Kolejną słowiańską chatę - półziemiankę z X wieku - odkryli polscy archeolodzy nad jeziorem Myvatn w północno- wschodniej Islandii - poinformował PAP kierujący badaniami prof. Przemysław Urbańczyk z Instytutu Archeologii i Etnologii PAN.
Instytut od 1999 roku uczestniczy obok placówek naukowych z Danii, Kanady, Norwegii, USA i Wielkiej Brytanii w międzynarodowej ekspedycji zorganizowanej z inicjatywy Uniwersytetu w Reykjawiku, która prowadzi poszukiwania najstarszych śladów osadnictwa na wyspie.

Polskie badania - trwające w tym roku od połowy lipca do połowy sierpnia - koncentrują się w rejonie Sveigakot nad jeziorem Myvatn w północno-wschodniej części wyspy, gdzie na przełomie IX-X wieku pojawili się pierwsi osadnicy z kontynentu europejskiego.


"Od początku w naszych badaniach na Islandii pojawił się wątek słowiański. Mamy już trzecią w tym rejonie typową chatę słowiańską - kwadratową półziemiankę. Takie chaty w IX i X wieku występowały na terenach nad Łabą, Odrą, Wisłą oraz na Rusi. Nie mają one żadnych analogii do budownictwa skandynawskiego. Takie same słowiańskie chaty - różniące się od skandynawskich - odkryłem wcześniej w Norwegii" - powiedział prof. Urbańczyk.

"Nie wiadomo, jacy Słowianie zapuszczali się daleko na północ - do Islandii. Jest bardziej prawdopodobne, że byli to raczej Połabianie, a nie nasi przodkowie znad Wisły. Osiedlali się razem z Wikingami na pustej wówczas Islandii. Wczesnośredniowieczne społeczeństwa nie były tak jednolite etnicznie jak się dziś sądzi. Wikingowie stanowili społeczność otwartą - cenili dobrych żeglarzy i wojowników - przyjmując przedstawicieli różnych ludów, m.in. Słowian, Germanów z Niemiec, Celtów" - mówi prof. Urbańczyk.

Tegoroczne badania potwierdziły wcześniejsze spostrzeżenia, że pierwsi osadnicy w ciągu zaledwie kilku pokoleń zdewastowali środowisko przyrodnicze w północno-wschodniej części wyspy. Wycięto lasy - gdyż drewno potrzebne było do budowy i na opał - przekształcając je w łąki.

"Koloniści sprowadzili krowy, owce i świnie. Nadmierny wypas, a szczególnie ryjące świnie, spowodowały zniszczenie łąk. W wyniku erozji została spłukana cienka warstwa gleby i utworzyła się piaszczysto-kamienna pustynia" - wyjaśnił prof. Urbańczyk.

Międzynarodowa Ekspedycja zamierza od przyszłego roku rozpocząć - w ramach IV Międzynarodowego Roku Polarnego - badania śladów osadnictwa Wikingów na Grenlandii.

"Byłby to program interesujący również dla polskich archeologów. Być może i tam docierali Słowianie" - zaznaczył prof. Urbańczyk.

Niezwykłe znalezisko w Izraelu

Starożytne pismo znalezione w Izraelu może być najstarszym znanym przykładem języka hebrajskiego - twierdzą archeolodzy.
Sensacyjnego odkrycia dokonał nastoletni wolontariusz podczas prac wykopaliskowych pod Jerozolimą. Pięć linijek antycznego pisma zachowało się na kawałku glinianego naczynia.

Zdaniem ekspertów z Uniwersytetu Hebrajskiego, tekst został napisany trzy tysiące lat temu w języku proto-kananejskim, z którego wywodzi się hebrajski alfabet. Izraelscy historycy mówią, że odczytali dokładnie kilka słów, takich jak "sędzia", "niewolnik" i "król".

Prastare kawałki naczyń odkryto 20 kilometrów na południowy zachód od Jerozolimy niedaleko Doliny Elah, gdzie - jak podaje Biblia - Izraelita Dawid zabił filistyńskiego olbrzyma, Goliata. Naukowcy z zainteresowaniem przyjęli informację o odkryciu, podkreślają jednak, że do potwierdzenia oryginalności zapisu potrzebne są dalsze badania.

Miała w mózgu robaka

Gdy Rosemary Alvarez usłyszała od lekarzy, że ma guza mózgu, była blisko załamania. Kobieta szybko została poddana operacji. Jednak w trakcie zabiegu chirurgicznego okazało się, że w obrębie jej mózgu nie ma żadnych zmian, a winowajcą całego zamieszania był wielki, wijący się robak, który zagnieździł się wewnątrz jej głowy. Kobieta postanowiła zasięgnąć porady lekarskiej w chwili, gdy zaczęły drętwieć jej ramiona. Zaniepokojenie wzmogły kłopoty ze wzrokiem. Wszystko, co widziała, stało się nieostre. Diagnoza lekarska tylko potwierdziła jej wszelkie obawy. Obraz rezonansu magnetycznego wyraźnie pokazywał znajdującego się w mózgu guza. To, co stało się później było już tylko szczęściem w nieszczęściu. Dziennik "Daily Mail" poinformował, że lekarze usunęli znalezionego robaka (Tasiemiec uzbrojony- Taenia solium) i odetchnęli z ulgą. Jak sami mówią, lepiej jest informować pacjentów o takim paskudztwie, jak znaleziony w głowie robak, niż o powikłaniach spowodowanych usuwaniem guza. "To bardzo dziwne, kiedy mówisz pacjentowi, że jego głowę penetrował wielki robal" - opowiada dr Peter Nakaji, który przeprowadził operację. Według specjalistów, podobne do tasiemców robaki, które bytują w mózgu, stają się zjawiskiem coraz bardziej powszechnym. Najczęstszą przyczyną ich pojawiania się jest brak odpowiedniej higieny w życiu codziennym. Tak prozaiczne czynności, jak dokładne mycie rąk po opuszczeniu toalety lub staranne gotowanie mięsa, mogą według lekarzy zapobiegać pojawieniu się w naszym mózgu czegoś tak obrzydliwego. Sama Rosemary Alvarez zapytana o to, jak miewa się po operacji, o
drzekła tylko z uśmiechem: "Myjcie ręce, myjcie ręce!"

Tajemnice smaku


Na ludzkim języku znajduje się 9 tysięcy kubeczków smakowych. W ten sposób sama natura nadała rangę kulinarnym odczuciom, doznawanym przez nas w czasie jedzenia. Dlatego lubimy dogadzać swojemu podniebieniu i stale szukamy nowych przyjemności smakowych.

Jemy nie tylko po to, aby żyć, lecz również dlatego, że jedzenie sprawia nam często prawdziwą przyjemność. Oczywiście, nasze kulinarne gusty są różne. Jedni lubią potrawy słodkie, inni kwaśne, jedni potrafią rozkoszować się gorzkawym, a inni słonym smakiem jedzenia. Bo smak odczuwamy najczęściej właśnie tymi czterema podstawowymi pojęciami: gorzki, słodki, kwaśny, słony. A przecież kompozycji smakowych jest o wiele więcej - dokładnie tyle, ile rodzajów dań.

Nie wszyscy rozpoznają je równie precyzyjnie. Wprawdzie natura wyposażyła nasze języki aż w 9 tysięcy kubeczków smakowych w ustach, na podniebieniu i w gardle, ale nie wszyscy mają je rozwinięte równie dobrze. Fizjologowie twierdzą, że mężczyźni w tym względzie są lepsi od kobiet, a osoby młodsze mają więcej kubeczków smakowych niż starsze. Dlatego nasze preferencje smakowe zależą od płci i wieku i zmieniają się w miarę jego upływania
Jednak najmocniej smakowe gusty kształtuje położenie i kultura kulinarna regionu, w którym żyjemy oraz specyfika społeczna i religijna. To one powodują, że kuchnia śródziemnomorska, bogata w dojrzałe warzywa i owoce, jest krańcowo inna od azjatyckiej, bazującej na ryżu i egzotycznych mocnych przyprawach. Wychowani w surowych, klimatycznych warunkach Skandynawowie o wiele bardziej lubią produkty pochodzące z morza, niż na przykład Amerykanie, ceniący przede wszystkim solidną porcję mięsa.
Polskie smaki jeszcze do niedawna były bardzo tradycyjne. Ich podstawę stanowiły potrawy z mąki i mięsa, a aromat nadawały im: pietruszka, koper, czosnek, cebula i majeranek. I chociaż nadal je lubimy, to jednak nasze kulinarne upodobania w ostatnich latach mocno się zmieniły - dzięki dostępności wielu produktów, przedtem nieosiągalnych, zadomowieniu się różnych "obcych" gastronomii oraz podróżom po świecie. Przywozimy z nich nie tylko wrażenia, ale i nowe smaki, dzięki którym nasza kuchnia staje się o wiele ciekawsza.

Szpiegując sąsiadów będzie można zarobić

Szpiegując sąsiadów, którzy nie sprzątają po psie, malują graffiti na murze, zaśmiecają ulice lub wystawiają stare meble w miejscu publicznym, można będzie w Wielkiej Brytanii zarobić nawet 500 funtów - informuje w poniedziałek "Daily Express".

Wystarczy sfotografować winowajcę telefonem komórkowym lub zanotować numer rejestracyjny pojazdu i zawiadomić władze lokalne. Jeśli wynikiem tej obywatelskiej troski będzie skazanie winowajcy, to osoba będąca źródłem informacji może upomnieć się o pieniężną nagrodę.

Rozwiązanie to wprowadziły w ubiegłym tygodniu jako pierwsze władze gminy Waltham Forest (północno-wschodni Londyn). Uzasadniono je społeczną potrzebą rozprawienia się ze sprawcami wykroczeń przeciw środowisku. Za ich przykładem mogą pójść inne regiony na terenie całego kraju.

Na nagrodę w wysokości 100 funtów można liczyć już w razie wystosowania przez władze samorządowe pozwów wobec osoby oskarżonej o wykroczenia. Kolejne 150 funtów przysługuje po skazaniu winowajcy, a pozostałe - nawet 500 funtów - w razie zasądzenia kary w maksymalnym wymiarze. "Nie jest to przyzwolenie na to, by jedni węszyli w sprawach drugich, ale wyraźny sygnał, iż ludzie chcą, by ich ulice były czyste i by nie było na nich niepożądanych gości pozostawiających śmiecie" - tłumaczy laburzystowski radny Waltham Forest, Afzal Akram.

Organizacja broniąca interesów podatnika (TaxPayers' Alliance) uważa, iż inicjatywa jest stratą publicznych pieniędzy, a ludzie mają dość tego, iż władze lokalne inwigilują ich na każdym kroku. Tymczasem władze od pewnego czasu rozciągają zakres inwigilacji nad gospodarstwami domowymi, stosując przy tym metody policyjne. Za podstawę prawną służy im ustawa z 2000 roku (tzw. RIPA) uchwalona z myślą o ściganiu ciężkich przestępstw, której zastosowanie rozszerzono w 2003 roku.

Niektóre gminy angażują niepełnoletnich lub dorosłych wolontariuszy, by zawiadamiały je o wykroczeniach przeciw środowisku jak np. pozostawieniu śmieci na chodniku, wandalizmie, porzuconych pojazdach itd.

Opluwają Biblię i nazywają to sztuką


















W jednej ze szkockich galerii doszło do "happeningu", który podobno ma służyć sztuce. W trakcie akcji zorganizowanej w Galerii Sztuki Nowoczesnej w Glasgow, została wystawiona Biblia, w której każdy ze zwiedzających mógł zostawić swoją wiadomość dla Boga. "Miłośnicy sztuki" wpisywali do Pisma Świętego wszystko to, co im ślina na język przyniosła.

Podczas wystawy zatytułowanej Made in God's Image, organizatorzy zadbali o to, by każdy chętny mógł wyrazić swoje zdanie na temat Boga oraz Biblii. Zachęcały do tego m.in. długopisy, na których znajdowała się informacja o treści: "jeśli czujesz się wykluczony z Biblii, opisz swój sposób powrotu do niej". Nie przebierając w słowach, wielu gości skorzystało z danej im możliwości i na kartach Świętej Księgi, często przy użyciu słów nieparlamentarnych, wyraziło swoje emocje.

Jak poinformował "The Times", mało kto z przybyłych zainteresowany był zamieszczaniem propozycji reform potrzebnych Kościołowi. Większość gości skupiła się na prowokacji i poprzez obelżywe słowa, zwyczajnie opluwała Pismo Święte. "To wszystko, to seksistowskie tfu, więc lekceważcie to wszystko."; "Jestem bi, jestem kobietą i jestem z tego dumna. Nie chcę Boga, który jest tym rozczarowany." - brzmiały tylko niektóre wpisy, które trafiły do księgi.

Niektórzy prowokatorzy posunęli się jeszcze dalej. "Ewangelia wg Luke'a Skywalkera, pie..... Biblię" czy "Faszystowski Bóg" - to kolejne z plugastw, które można było przeczytać.

Jednak organizatorzy pokazu stwierdzili, że możliwość wypisywania bzdur przez przybyłych, to za mało. W ramach kolejnych atrakcji, które miały zelektryzować gości, zaprezentowano film, na którym widać kobietę wyrywającą kartki z Pisma Świętego i umieszczającą je pod bielizną.Pomysł zorganizowania wystawy wyszedł od Metropolitalnej Wspólnoty Kościelnej - stowarzyszenia wspólnot, które koncentruje się m.in. na ochronie praw mniejszości seksualnych. Jak stwierdzili pomysłodawcy, chodziło o to, by ludzie wyrażali swoje pomysły, na to co należy zrobić, by Biblia została odzyskana, jako księga uświęcona.

Artyści biorący udział w wystawie nie dopatrzyli się niczego złego, w tym co miało miejsce. "Wszelkie obraźliwe rzeczy, które zostały wypisane, nie były tematem prac." - powiedział Anthony Schrag, który był jednym z twórców. "Jeśli otwieramy Biblię na dyskusję, z pewnością powinniśmy zaprosić ludzi, by się na jej temat wypowiadali."
Zszokowani byli natomiast niektórzy przedstawiciele Metropolitalnej Wspólnoty Kościelnej, którzy nie spodziewali się, że przedstawiciele różnych środowisk, którzy pojawią się w galerii, posuną się aż tak daleko. "Biblia nigdy nie powinna być wykorzystywana w taki sposób." - powiedziała Jane Clarke z Metropolitalnej Wspólnoty Kościelnej.

Oburzenia nie kryją przedstawiciele Kościoła katolickiego, którzy zastanawiają się, czy organizatorzy byliby skłonni postąpić w ten sam sposób z Koranem.

Zaskakujące jest tu przede wszystkim zachowanie przeciwników Kościoła, którzy jego członkom zarzucają średniowieczną mentalność i zaściankowość, a sami posuwają się do prymitywnych metod prowokacji. Czyżby komuś skończyły się argumenty?